Pandemonium, Kraków 10.02.2008

16 lutego 2008

Coby nie mówić o Pandemonium to przyznać trzeba, że mimo licznych perypetii zespół już trochę na naszej rodzimej scenie istnieje. Leszczów przecież na Metalmanię nie zapraszają, a tenże band zobaczyć będzie można na tegorocznej edycji tej imprezy. Tak czy owak nazwa Pandemonium bardzo zachęciła mnie do wyjazdu na ten gig. Nie ukrywam, że jednak bardziej zachęciła mnie chyba cena (10 zł) oraz miejsce – Lost Highway Club, którego jeszcze nie widziałem. Jak zwykle bywa z inicjatywą wyszedł Darek, potem dał się wciągnąć Gab, a na koniec Lipa. Jedziemy!

plakat_pan.jpg
Zamiast ostatniego widocznego na plakacie zespołu wystąpił Arachos.

Z dotarciem na miejsce nie było problemów. Jak zwykle pomocne było „tutaj prosto” naszego łysogłowego kolegi D. Po dotarciu na miejsce okazało się, że jest lekki poślizg z rozpoczęciem giga. Ostatnio mamy widocznie do takich akcji szczęście. Poleźliśmy więc nieco w bok i trafiliśmy do knajpy o uroczej nazwie „Ciepłe Kluchy”. Zjedliśmy kluchy, wypiliśmy po kolejnym piwie, porozmawialiśmy o rozmaitych chorobach zakaźnych i ruszyliśmy do klubu.

scena.jpg
Tak oto prezentowała się scena.

Oczywiście opóźnienie trwało dalej. Ludzi w środku niezbyt dużo, ale klub prezentuje się całkiem ciekawie. Kiedyś była tu bodaj piekarnia, o czym informują chociażby pozostałości pieców w ścianach. Zaczęliśmy nieco wypytywać mijających nas muzyków, czy przypadkiem nie ma tu być dzisiaj jakiegoś koncertu. Chyba miał, bo powoli pierwszy zespół zaczął się ustawiać. Krakowski Arachos, z którym z braku zajęcia wymieniliśmy kilka zdań. Grająca black metal kapela rozpoczęła i tutaj po raz kolejny stanęliśmy w obliczu standardu na krakowskich koncertach, gdzie ostatnio bywaliśmy – ludzie nie chcą się bawić. No ja pierdolę… W dodatku ja odziany w moje true, zuo, evil, satan czerwone trampki z racji problemów ze stopami niezbyt mogłem szaleć. No, ale pozostał chociaż headbanging, a o pozostałe atrakcje zadbała reszta ekipy.

pandemonium.jpg
Pandemonium.

Zdecydowanie przyjemnym motywem występu pierwszego zespołu był okrzyk „SUCHA BESKIDZKA!” z ust perkusisty Arachosa, który wykrzykiwał to niemalże między każdym granym przez nich utworem. Miło, że ktoś nas docenił, hehe. My również ten fakt doceniliśmy rozmową z zespołem po koncercie, która być może zaowocuje gigiem w Suchej. Wracając jednak do giga… Publiczność, na szczęście, powoli z nami współpracowała. Widać to już było zupełnie przy okazji występu Uziel, gdzie już jakiś młyn był. Tłumek pod sceną się zagęścił. Końcówka koncertu tegoż zespołu wyglądała już bardzo sympatycznie. Młyn się nawet rozwinął, do moich kumpli dołączył jegomość, który jak się później okazało oczywiście z Krakowa nie był, a z jakiejś nadmorskiej miejscowości. Standard.

mlyniarz.jpg
Naczelny młyniarz tej imprezy.

Przed wyjściem na scenę Pandemonium przerzedziło się znowu. Gdy ci wyszli na scenę przed nimi był właściwie tylko Darek. Potem nieco sytuacja się zmieniła. Dopiliśmy z Bartkiem piwsko i ruszyliśmy wspomóc naszego towarzysza. Na szczęście pojawiła się jeszcze potem garstka nieznanych nam osób. Coś się działo, ale jakoś bez specjalnych rewelacji. Ja rozumiem, że frekwencja była mała… Jednak jaki sens jest iść na koncert i cały przestać w miejscu? Zwłaszcza, gdy grana muzyka prosi się o to, żeby się ruszyć. Cóż… mam nadzieję, że kolejny koncert przerwie złą passę i w końcu trafimy na młyn z prawdziwego zdarzenia. Czyżby to wszystko było zasługą ohydnej sesji?

Fot.: Pandemonium, własne, o!