Meshuggah + DEP, 25.06.2008 Praga
5 lipca 2008
Meshuggah – zespół, który (na chwilę obecną) jest muzyczną miłością mego życia. Nic dziwnego zatem, że nie mogłem przepuścić okazję zobaczenia ich pierwszy raz na żywo w czeskiej Pradze. Zapytacie zaprne – dlaczego Praga? Odpowiem – wynikło to z niewiary. W co konkretnie? Otóż wraz z Bartkiem nie wierząc w fakt, iż Mesh w końcu przyjedzie do Polski zakupiliśmy bilety na Praski koncert zaraz po tym jak było wiadomo iż tam zagrają. Jeden dzień po kupnie biletów okazało się, że przyjeżdżają do Polski. Psikus. Postanowiliśmy jednak jechać. Lipa był w Czechach na koncercie Meshuggah w zeszłym roku i zaręczał, że żałować nie będziemy.

Miał rację. Ani trochę nie żałuję wyjazdu do stolicy Czech. Miasto jest przepiękne, a nasi południowi sąsiedzi znacznie bardziej „europejscy” niż mieszkańcy naszej ojczyzny. Wszystko zaczęło się od pobudki u Lipy w okolicach 4 rano, następnie udaliśmy się do Krakowa. O 7:00 mieliśmy odjazd bezpośredniego pociągu do Pragi. W pociągu pierwszy szok – czysto, wygodnie, działa klimatyzacja, na siedzeniach można znaleźć ulotkę z trasą przejazdu – szok. W pociągu rozpoczęło się też to, co towarzyszyło już nam do końca pobytu – wszędobylskie piwo. Towarzyszące nam w przedziale czeski nie gardziły złocistym płynem, co tylko utwierdzało nas w przekonaniu, że jedziemy w dobre miejsce, jeśli chodzi o koncert.
Pociąg spóźnił się odrobinę. Jednakowoż byliśmy tak wcześnie w Pradze, że mogliśmy sobie spokojnie pozwolić na małe zwiedzanie. Najpierw udaliśmy się na poszukiwania klubu Roxy. Tutaj pierwszy psikus, gdyż stojąc pod drzwiami klubu i przeglądając wiszące na jego murach plakaty natknęliśmy się na Jensa Kidmana i Martena Hagstroma. Zdecydowanie miły początek. Potem udaliśmy się coś zjeść i nieco pozwiedzać. Praska starówka to rzecz, która polaka może wprowadzić w głębokie kompleksy. Raz, że ma się cały czas świadomość, że polskie stare miasta mogłyby również tak wyglądać. Odrestaurowane, czyste, pozbawione masy bazgrołów na ścianach. Dwa, że właściwie jedyne duże „grafiti” jak można spotkać na Hradczanach to polskie bazgroły - „Kocham wszystkie kobiety tego świata i ich wilgotne… z rana”. Żenada, człowiekowi robi się autentycznie wstyd.

Widok na praskie stare mesto.
Po małym zwiedzaniu przyszła pora na zjawienie się na miejscu koncertu ponownie. Tutaj po raz kolejny można było spotkać kilka znanych person. Roxy dysponuje tylko jednym wejściem, dlatego też ciągle przechodził ktoś czy to z DEP czy z Meshuggah. Miło. Kolejka ustawiająca się przed klubem uświadomiła mi jak bardzo Praga prześciga polskie miasta pod względem „europejskości”. Praktycznie co osoba to inny język. Słychać było angielski, niemiecki, węgierski, rosyjski oraz masę innych języków, które trudniej było rozpoznać na „pierwszy rzut ucha”. Duży pozytyw imprezy to ochrona, której praktycznie nie było. Nauczony doświadczeniami z Polski nie zabrałem do Pragi np. łańcucha do kluczy, bojąc się straty tak jak miało to miejsce na tegorocznych Juvenaliach. Tymczasem okazało się, że ochrona (czyli nieco bardziej przypakowani panowie ubrani jak zwykli uczestnicy giga) tylko spoglądali na zawartość plecaków. Nie było problemu z wniesieniem np. kanapek, co jest nie do pomyślenia w Polsce. Nawet, gdy klub nie oferuje niczego do jedzenia. Cóż…
W środku kolejne miłe doświadczenia. Klub prezentował się wyśmienicie. Od samego początku do końca giga pozostawałem w przekonaniu, iż chciałbym taki klub w Krakowie. Brzmienie jakie oferował ten lokal tylko mnie w tym utwierdzało. Żeby było ciekawiej dodam, iż Bartek w zeszłym roku oglądał Meshuggah w innym praskim klubie – Rock Cafe i tam jest ponoć jeszcze lepiej, jeśli chodzi o dźwięk. Kiedyś zapewne to sprawdzę, a na chwilę obecną jestem pod dużym wrażeniem Roxy. Scena duża, znajdująca się na wysokości około 1,5 m. Oznaczało to oczywiście to, że bez problemu można było oglądać widowisko nawet stojąc na końcu sali. Dodatkowo klub dysponuje również balkonem, gdzie z tego co zauważyłem zmieściło się też sporo osób.
Between The Buried And Me
Between the Buried and Me - White Walls
Najpierw na scenie pojawił się amerykański Between The Buried And Me. Zespół ten gra metalcore, naznaczony wpływami progresji. Przynajmniej w ten sposób jest promowany. Zespół zdecydowanie prezentował się dobrze. Ich problemem było jednak to, że byli przedskoczkami przed wielkim show, jaki miał nadejść gdy na scenę wkroczyły zdecydowane gwiazdy tego giga. Dlatego też, z całym szacunkiem dla zespołu oczywiście, część ich występu spędziliśmy na spożywaniu czeskiego piwska.
The Dillinger Escape Plan
The Dillinger Escape Plan - Fix Your Face
Po Metalmanii to moje drugie spotkanie z tym zespołem tego roku. Spotkanie miażdżące. Zdecydowanie chciałbym, aby zespół w taki sposób jak w Czechach został przyjęty w Pradze. Show może nie było tak efektowne wizualnie jak na polskim festiwalu (brakowało dymu, czy pierdół w postaci mrugających świateł), ale zdecydowanym udział publiczności przyczynił się do stworzenia świetnego widowiska. Miejsce miałem w pierwszym rzędzie (pogowanie z racji problemów ze stawami – zawieszone), co pozwoliło mi delektować się takimi smaczkami jak smrodek z butów Puciato i Weinmana. Trzy krotnie zostałem też niemal zmasakrowany piecem, na który Ben niefortunnie skoczył. Na szczęście ja i stojąc obok Czech mieliśmy na tyle refleksu, że zdołaliśmy się za każdym razem obronić. Świszcząca mi nad głową zwisająca z gitary Bena struna również dodała smaczku moim przeżyciom związanym z gigiem. Koncert w całości diabelnie żywiołowy i zwariowany, jak to przy DEPie bywa. Pot lał się srogo zarówno z członków zespołu, jak i publiczności. Miazga, zwłaszcza, że cały czas miałem świadomość, iż za chwilę na scenę wejdą bogowie z Meshuggah. Na koniec występu Dilingerów miły akcent. Gil Sharone rzuca w publiczność pałeczki, wokół mnie masa ludzie się rzuca, a ja chroniąc moja twarz przez zmasakrowaniem łapie jedną sztukę lewą ręką. Psikus, zważywszy na to, że kompletnie nie zależało mi na jej złapaniu. Jednakowoż pamiątka z koncertu przednia, hehe. :]

PoDEPowa zdobycz i moje czyste łapsko.
Meshuggah
Meshuggah - The Mouth Licking What You’ve Bled
Przed występem Mesha byłem potwornie poddenerwowany. Wynikało to z tego, że gdy pierwszy raz ma się zobaczyć zespól, którego otacza się taką czcią ma się ogromne oczekiwania. Na szczęście nie czułem się zawiedziony. Miejsce znowu miałem wyśmienite – pierwszy rząd, z rękami opartymi o scenę. Przede mną Thorendal i jego 7-strunowy kolos. Trochę na prawo stojący przez niemal cały koncert w miejscu – Kidman. Setlista jak najbardziej odpowiednia. Zdecydowanie zabrakło mi chyba tylko „In Death – Is Death / In Death – Is Life”, które bardzo chciałbym zobaczyć na żywo. Można by było jeszcze poczynić kilka drobnych zmian, ale to już kosmetyka, na temat której nie wypada wręcz narzekać.

Taką oto miałem widoczność na gigu. :)
Koncert zdecydowanie udany, spełniający moje oczekiwania. Muzycy perfekcyjni, Kidman przerażający zarówno swoim wrzaskiem, jak i chociażby ogromną żyłą widoczną na jego czole. Kark bolał od headbangingu i klimatycznego bujania się. Tak, to jest to co m.in. lubię w Meshuggah. Nie będę narzekać, że było krótko – bo to kompletnie nie ma sensu. Skomplikowanie otworów zdecydowanie tłumaczy długość występu oraz fakt, że Mesh nigdy nie bisuje.

Tomek Haake wrzucanie sobie pranie do suszenia. :P
Po zajebistym koncercie chwilę zatrzymaliśmy się przed klubem. Rozmowa z Gregiem Puciato, Gilem Sharone, Jeffem Tuttle z DEPa. Potem oglądanie ogromnych jajec, jakie Kidman odwalał pozując ludziom do zdjęć. Poważne miny i true metal pozy to podstawa, hehe. Swoją drogą widok Jensa, który wyszedł z klubu w krótkich spodniach i japonkach sprawił, iż chyba nieco mniej się go w tej chwili boje. :P Postaliśmy, postaliśmy następnie przyszła pora na to co najgorsze w całym wyjeździe. Jak wspominałem wyjechaliśmy z Krakowa o 7 rano, w Pradze byliśmy o 14. Odjazd z Pragi do Krakowa mieliśmy… o 14:00, ale dnia następnego.
Nocy spędziliśmy na błądzeniu po praskich ulicach. Odwiedzinach w długo otwartych KFC, oraz całodobowych McDonaldsach. Zaliczyliśmy też odnajdywanie „V Cipu” o 4 rano, omijanie ludzi oferujących nam marihuanę albo wstęp do night clubów po okazyjnych cenach. Kilkadziesiąt minut spędziliśmy patrząc na kwiaciarnię, machającego nazi-kotka albo zgadując jakie reklamy pojawią się w rotacyjnym systemie na pobliskich tablicach.

“Nasza kwiaciarnia” xD
Nie zabrakło też takich atrakcji jak zabicie ogromnego robala łażącego po blacie stołu w ShitDonaldzie. Nad ranem dostaliśmy głupawki, która objawiła się absurdalnie-idiotycznym poczuciem humoru oraz tzw. „głupim telefonem”, czyli odmianą „głuchego telefonu” dla bardziej ułomnych. Jakoś jednak udało się przeżyć, a dupa ostatecznie się nie zdupcyła i nikt sobie w dupę keczupu nie włożył. Nie, nie pytajcie…

V Cipu. Nic dodać, nic ująć.
Rano już było nieco lepiej. Udaliśmy się na zakupy. Z otwartymi ustami oglądaliśmy ceny piwa, które (poza Pilsnerem Urquelem i Heinekem, które są NIECO droższe) oscylowały w okolicach 10 koron czyli 1,5 zł… Bez komentarza. Kilka piw kupiłem, aczkolwiek chciałbym zabrać tego do Polski znacznie, ale to znacznie więcej. Do 14:00 czas jakoś zleciał. Najebaliśmy się napojami energetycznymi, potem wypiliśmy po 2 piwa. Nie czuliśmy się wyśmienicie, ale jakoś trzymaliśmy się na nogach po tych ponad 32 godzinach bez snu. Niestety pociąg dotarł z 45 minutowym opóźnieniem. Dzięki temu mogliśmy podziwiać pana, który szukał klientów na praskim dworcu w bardzo dyskretny sposób – jedną ręką gładząc się po brzuszku, a drugą gładząc się po… hmm… trzymając drugą rękę w majtach.


Lipa i Elpas po ponad 32 godzinach bez snu. Ugh.
W końcu wpakowaliśmy się w pociąg. Tutaj słowa krytyki pod adresem czeskiego dworca – informowanie w ostatniej chwili o peronie na jaki wjeżdża pociąg oraz bardzo niewyraźne bełkotanie po angielsku wydobywające się z głośnika to nic, co mogłoby pomóc obcokrajowcom. Ostatecznie jednak usialiśmy w przedziale i… okazało się, że to nie ten pociąg. Jakimś cudem wyłowiłem z natłoku czeskich słów dwóch towarzyszących nam w przedziale dziewczyn, że ten pociąg nie jedzie w tym kierunku, w którym wszyscy się chcemy dostać. Ufff, wolę nie myśleć co by było gdybyśmy się w porę nie zorientowali, że ten pociąg jedzie w zupełnie odwrotnym kierunku. Perspektywa spędzenia w Pradze kolejnych godzin to nic pozytywnego.
Podróż pociągiem minęła dosyć szybko. Sporo spaliśmy, potem ludzi było już znacznie mniej, co sprawiło że znacznie się ochłodziło w przedziale. Spóźnienie niestety nieco się pogłębiło. Nie dziwi to, z racji faktu, jak to pociąg „pędzi” po przekroczeniu polskiej granicy. Przerażające, że ten sam pociąg w Czechach nie zwalniał w taki sposób jak w Polsce NIGDZIE, a ogólnie poruszał się też przez większość trasy znacznie szybciej niż w naszej ojczyźnie. Na szczęście wstrzymano nam ostatni pociąg do Suchej Beskidzkiej, dzięki czemu stał on 10 min dłużej na krakowskim Dworcu Głównym. Dzięki temu spokojnie dotarliśmy do domu, a ja następnego dnia mogłem wrócić do pracy. Meshuggah!
Fot.: własne
