Converge, 04.07.2008 Warszawa
6 lipca 2008
Wyprawa do Warszawy to kolejny wyśmienity punkt tego lata. Po wyprawie do Pragi, która była wręcz mordercza jeśli chodzi o ilość nieprzespanych godzin, podróż do Warszawy od początku do samego końca wyglądała jak bajka. Mimo nawet, że musiałem wstać przed 5:00 i iśc do pracy na 3 godziny. Z pracy wylazłem o 9:00, wkrótce po tym wpakowaliśmy się w autobus. O 12:12 nasz pociąg ruszył z Dworca Głównego. Do Warszawy dotarliśmy z lekkim opóźnieniem w okolicach godziny 18 i ruszyliśmy na poszukiwania Progresji.

Bardzo ładny plakat promujący koncert.
Tutaj był mały psikus, gdyż okazało się, że szukanie na Google Maps nie było dobrym pomysłem i znaleźliśmy się zupełnie w innym miejscu, niż mieliśmy. Cóż zdecydowanie daliśmy dupy, bo Kaliska to już na pierwszy rzut oka nie to samo, co Kaliskiego, ale długo by opowiadać… Na nasze szczęście jakiś przemiły pan z pieskiem podszedł do nas gdy próbowaliśmy opanować sytuację z mapą w ręku i opisał nam jak dotrzeć na Bemowo. Dotarłszy tam poprosiliśmy o pomoc spotkaną 3-osobową ekipę, która wyglądała jakby zmierzała na giga… i tak też było. Sam koncert spędziliśmy już wspólnie. Cała piątka była spoza Warszawy. Co ciekawe wszyscy zgadzali się co do faktu, iż Progresja znajduje się w strasznej dupie. Widok rozległych pól widocznych zza okna autobusu, którym pędziliśmy na koncert był dla mnie co najmniej dziwny. Ot, przyzwyczajony jestem, że klubu zwykle znajdują się w bardziej centralnych punktach miast.
Na nasze szczęście nasza drobna wtopa ze zlokalizowaniem klubu skończyła się beż żadnych negatywnych skutków. Koncert rozpoczął się z dość sporym opóźnieniem. Jak się okazało później Czesi z Thelma Eleven nie dotarli do Warszawy, co zmniejszyło koncertowy zestaw do tylko dwóch kapel. Jeśli mam być szczery to było mi to obojętne i tak przyjechałem tam tylko i wyłącznie dla Converge, a brak jednej kapeli oznaczał więcej czasu na spokojne dotarcie na Dworzec Centralny.
Sam klub prezentował się bardzo dobrze. Miejsca sporo, na sali gdzie odbywają się koncerty znajdują się dwie sceny. Converge szalał na tej mniejszej, co według stałych bywalców uznane zostgało jako plus. Jedyne co nie przypadło mi do gustu to ceny. Zarówno piwo, jak i inne napoje były koszmarnie drogie. W tym aspekcie zdecydowanie Warszawa przegrywa z większością „koncertowych” miejsc w Małopolsce. Wygrywa jednak w czymś, co w przypadku gigu jest niezwykle ważne – brzmieniem. Nie było to może to czego doświadczyłem w Pradze na Meshuggah, ale było na pewno lepiej niż przykładowo w takim, krakowskim Loch Ness.
Daymares
Szczerze powiem, że przed koncertem nie szarpnąłem się nawet na to, żeby przesłuchać kawałki, które mają na swoim myspace. Być może popełniłem błąd, gdyż zespół prezentował się nad wyraz dobrze. Jedyne co piekielnie wkurzało to głupkowata paplanina wokalisty, który mógł albo ograniczyć niepotrzebne gadanie, albo chociaż mówić coś sensownego. Dziwne dziwności. Zdecydowanie wolę, gdy zespoły w inny sposób budują tzw. „więź z publicznością”. Nie zmienia to jednak faktu, że trzeba będzie się z tym zespołem zaprzyjaźnić i coś w końcu przesłuchać, bo ich muzyka zrobiła na mnie wrażenie.
Converge
Converge - Thaw
Już od ich pierwszych chwil na scenie widać było, jak amerykanie potrafią porwać publiczność. Od pierwszych sekund pod sceną odbywała się ogromna rzeź. Masa ludzi skaczących ze sceny, potężny młyn pod. Pierwsze parę kawałków spędziłem przy barierce, potem jednak dałem się wciągnąć w napierdalańsko. I zdecydowanie nie żałuję. Był to jeden z najlepszych młynów jakie przeżyłem w moim zasranym życiu.
Converge - You Fail Me
Pot lał się ze mnie jak ze świni, momentami oddech było złapać ciężko, co chwilę obrywało się z buta po głowie – jednym słowem PIĘKNIE. Na „No Heroes”, które kończyło setlistę myślałem, że zejdę. Zresztą chyba nie tylko ja, bo czuć było, że wszyscy powoli opadają z sił. Dobór kawałków bardzo przyjemny. Sporo kawałków z „Jane Doe”, czyli to co fani zespołu lubią najbardziej. Zdecydowanie nie czuje się zawiedziony ich występem.
Converge - To The Lions
Po koncercie krótki postój przy stoiskach z koszulkami i płytami, zmiana garderoby i szybki przemarsz na przystanek. Tym razem przejazd do dworca poszedł szybko i zdążyliśmy bez problemu na pociąg. W dodatku na pociąg wcześniejszy, niż przypuszczaliśmy w najśmielszych planach. Ciekawe. O godzinie 5:00 byliśmy już w Suchej Beskidzkiej. Nieco zmęczeni, ale piekielnie zadowoleni. Mój pierwszy koncert w Warszawie zdecydowanie udany. 25 lipca jedziemy na The Mars Volta. Zobaczymy tym razem jak to jest w warszawskiej Stodole…
Powiązane linki:
